poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział 11.

*perspektywa Charliego*
List rodziców Natalie był dziwny. Jak można zabraniać komuś przyjaźni tylko z powodu czystości krwi i tego z kim się zadają. A jej siostra? Jej własna, jedyna siostra doniosła na nią rodzicom. Czy mam wierzyć Natalie, że ją do tego zmuszono? Ta cała zasada czystości krwi jest bez sensu. A zresztą to nie jej wina, że trafiła do Gryffindoru. To przecież taki sam dom jak wszystkie inne. Moje rozmyślnie przerwał czyiś głos.
- Ej stary, bo spóźnimy się na "najlepszą" lekcję świata - powiedział Carol robiąc niewidzialny cudzysłów w powietrzu - przecież wróżbiarstwo jest tak potrzebną lekcją...
- Dobra, dobra, skończ już. Wyczuliśmy ten sarkazm. - przerwałem jego wypowiedź - To my się będziemy zbierać.
Leniwie wstałem ze swojego miejsca pociągając za sobą Lucasa i dając do zrozumienia Carolowi, że naprawdę musimy już iść. Razem z bliźniakami wyszedłem z Wielkiej Sali i udaliśmy się w stronę Wieży Północnej. Gdy usiedliśmy się w klasie na stolikach przed nami pojawiły się filiżanki od herbaty. Dobrze wiedziałem co to oznacza.
- Witajcie moi drodzy. - powiedziała pani Trelawney wyłaniając się nie wiadomo skąd - Dzisiaj powróżymy sobie z fusów herbacianych. Macie przed sobą filiżanki i będziecie wróżyć sobie wzajemnie.
Carol uśmiechnął się szeroko. A przecież dopiero co narzekał na tę lekcję.
- Wiem, że coś planujesz, oczy ci się świecą... - rzuciłem w stronę Carola - Powiesz nam łaskawie, czy to tajemnica?
- Poczekasz to się dowiesz... - uśmiechnął się jeszcze szerzej
- Merlinie, ratuj nas... - szepnął Lucas, a ja i Carol zaśmialiśmy się.
No, ale dobra w końcu musieliśmy się skupić na lekcji. Ja wróżyłem Lucasowi, on swojemu bratu, a Carol mi. Wziąłem filiżankę ze stolika i zacząłem się przypatrywać jej zawartości. Nie żeby coś, ale ja tam nic nie widziałem i jak mi się zdawało Lucas także. Tylko Carol obracał szklanką i głupio się uśmiechał, jakby doszukiwał się jakiegoś cudownego odkrycia w fusach od herbaty. Pani Trelawney chodziła od stolika do stolika przypatrując się poczynaniom uczniów. Udawałem, że mnie to chociaż interesuje i próbowałem coś odczytać, ale chyba nie jestem typem jasnowidza, a tym bardziej wróżki. To było takie nudne. Bo przecież jak długo można wgapiać się w głupie fusy od herbaty? Nawet nie zauważyłem, gdy nauczycielka znalazła się przy naszym stoliku.
- Proszę pani, może mi pani pomóc, bo nie jestem pewien co to jest? - spytał Carol podając swoją filiżankę nauczycielce. Wiedziałem, że właśnie wciela swój plan w życie.
- Ależ oczywiście. - powiedziała pani Trelawney biorąc filiżankę z jego rąk - Widzę tu czarnego motyla. To niezbyt dobrze dla ciebie kochanieńki. Szykuj się na jakieś złe nowiny lub czyjąś śmierć.
- Ale proszę pani... - kontynuował Carol - ...według mnie to jest jednorożec...
- Nie wmawiaj mi czegoś, czego tu nie ma... Chyba dobrze wiem co widzę. - powiedziała nie dając po sobie poznać zdenerwowania.
- Ale nie widzi pani... Niech pani spojrzy. Tu ma róg, tu ogon, a tam cztery nóżki z kopytkami... - powiedział wymachując palcem nad filiżanką.
- Chłopcze, uczę w tego przedmiotu tyle lat, że chyba dobrze wiem, co widzę... - odpowiedziała ze spokojem - A po za tym jakiś dzieciak nie będzie mi mówił, że się mylę...
- Ale proszę pani... - kontynuował - ...według mnie to naprawdę jednorożec...
- Ech, przestań już - powiedziała pani Trelawney odkładając filiżankę na stolik i odchodząc do innego stolika. Gdy tylko zajęła się tłumaczeniem tego uczniom przy innym stoliku Carol wybuchnął śmiechem.
- Co to miało być? - spytał Lucas
- Jak to co! Wykazuję jakim jestem genialnym jasnowidzem! - odpowiedział bratu Carol
- Chyba wykazałeś jakim jesteś kompletnym głupkiem kłócąc się z nauczycielką... - westchnął Lucas poprawiając okulary.
- Oj, przestańcie... - wtrąciłem się. Nie chciałem przecież żeby się pozabijali. - Ale to było mocne. A tak w ogóle to jaką mamy teraz lekcję?
- Historię magi, a co? - otrzymałem błyskawiczną odpowiedź od Lucasa
- Nic, tylko zaraz zacznie się kolejna... najnudniejsza lekcja świata... - westchnąłem
- Spokojnie, nie będzie aż taka zła... - uśmiechnął się Carol tajemniczo
- Czy ty chociaż jednej lekcji nie możesz przesiedzieć spokojnie? - Lucas spojrzał poważnie na brata
- Jeśli to historia magii to odpowiedź jest oczywista - NIE! - ostatnie słowo prawie wykrzyknął.
Lekcja wróżbiarstwa już dobiegała końca, na szczęście, bo miałem jej dosyć i byłem ciekaw co znowu wymyślił Carol. Wyciągnąłem z pod stołu mój plecak z książkami, bliźniacy zrobili to samo. Nareszcie ta lekcja się skończyła. Założyłem plecak i razem z przyjaciółmi w pośpiechu opuściliśmy klasę. Musieliśmy niestety zwolnić przy schodach, żeby czasami nie spaść i się nie pozabijać. Gdy już bezpiecznie zeszliśmy ze schodów udaliśmy się w stronę odpowiedniej klasy. Usiedliśmy na miejscach. O dziwo pana Binnsa nie było jeszcze w klasie, a skoro nie ma nauczyciela to zaczynają się rozmowy, straszny hałas, bieganie po klasie, itp.  Nagle 'ktoś' przeniknął przez zamknięte drzwi klasy. Był to nie kto inny, tylko nasz nauczyciel. Z mizernym skutkiem próbował nas uciszyć. Jednak w końcu mu się udało i rozpoczął swój naprawdę długi i nudny wykład. Większość uczniów pousypiała, część która nie usnęła albo pisała jakieś karteczki, albo rozmawiała szeptem. Tylko Lucas zdawał się coś notować. Ja rozglądałem się po klasie. Mój wzrok natrafił najpierw na tę krukonkę, o której wspominał Carol - Chloe. No muszę mu to przyznać blondynka jest bardzo ładna. Kiedy na nią spojrzałem rozmawiała zawzięcie ze swoją przyjaciółką, co chwilę chichocząc. Moje rozmyślanie i gapienie się na Chloe przerwał, jak zwykle, dobrze znany mi głos...
- A nie mówiłem, że się zakochałeś? Mówiłem... - znowu Carol. O czym on myśli?
- Nie masz racji. - zaprzeczyłem
- Tak, tak... Wmawiaj sobie, wmawiaj... - kontynuował - Ja i tak wiem swoje.
- A ty tylko o jednym... - Lucas najwyraźniej przestał notować
- No, bo w sumie o czym? Nie ma za bardzo tematu... - bronił się Carol
- Może by tak o lekcji? - zaproponował Lucas
- Hmmm...pomyślmy....może - Carol udawał, że się zastanawia - NIE... Mam lepszy pomysł...
- No, dajesz geniuszu. - wtrąciłem się
- No, dobra... Co wy na to żeby urwać się z tej lekcji? - spytał
- Mi pasuje - stwierdziłem
- Carolu Thompsonie, mój drogi bracie bliźniaku, nawet o tym nie myśl. - wtrącił się Lucas, zerkając na brata znad okularów.
- Przepraszam cię, ale już to zrobiłem i zaraz wcielam swój plan w życie. - zaśmiał się
- Nawet nie próbuj. - chciał w jakiś sposób go zatrzymać
- Bo co? - spytał się Carol z miną niewiniątka
Lucas już nic nie powiedział, tylko westchnął. Na szczęści Carol nie musiał wcielać swojego planu w życie, bo za 10 minut kończyła się ta męka. Spojrzałem jeszcze raz w stronę krukonki, a potem usiadłem prosto udając, że słucham nauczyciela. W głowie miałem cały czas słowa Carola: "Zakochałeś się... Możesz sobie wmawiać co chcesz, ja i tak wiem swoje".
******
Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że się podoba.
Shadow

1 komentarz:

  1. 1. Możęsz mi wytłumaczyć co znaczy: "Uczę w tego przedmiotu przez wiele lat..."???????
    2. Jak można ODEJŚĆ do innego stolika???
    3. No jedyny porządny w tej grupie (Lukas)
    4. No ale wiesz te wygłupy lepsze (Carol)
    5. Jeszcze jakby był WIESZ KTO (nie, nie chodzi o Voldzia) albo BOB <3

    OdpowiedzUsuń