poniedziałek, 5 września 2016

Rozdział 12.

*kilka miesięcy później, perspektywa Natalie*
Siedziałam w Pokoju Wspólnym Gryffindor'u od dawna ubrana i zawzięcie pisałam wypracowanie na Eliksiry o składnikach i zastosowaniu Eliksiru chroniącego przed ogniem. Oczywiście, najpierw udałam się do biblioteki po potrzebne książki i wróciłam rozsiadając się w kanapie. To było zadanie na ferie świąteczne, ale postanowiłam je napisać tuż przed wyjazdem, bo w domu nie będę mogła zaznać spokoju. Bardzo bym chciała zostać, ale niestety, moja rodzinka chce mnie widzieć u siebie na święta. Aż mnie skręca gdy pomyślę co się stanie jak przyjadę, już wolałabym by mnie wydziedziczyli. No cóż, ale to tylko marzenia. Westchnęłam i napisałam ostatnie zdanie na kawałku pergaminu. Zamknęłam buteleczkę z atramentem i schowałam do torby razem z piórem i wypracowaniem, po czym zarzuciłam torbę na ramię i poszłam w stronę sypialni dziewczyn, mając nadzieję, że nikogo nie spotkam. Całe szczęście było tam pusto, wzięłam spakowany kufer i zaczęłam powoli schodzić ze schodów. Shadow z chłopakami poszła na śniadanie wcześniej, więc teraz tylko zejdę i postawię kufer przed Wielką Salą jak wszyscy, a następnie pójdę również na śniadanie. Gdy wreszcie udało mi się sprowadzić kufer na dół, mała chihuahua o imieniu Cherry pobiegła za mną wesoło merdając ogonem. Ciągnąc za sobą kufer przeszłam przez portret Grubej Damy, Cherry wyprzedziła mnie i pognała przodem. Uśmiechnęłam się lekko po nosem widząc jak się cieszy. O mały włos nie nadepnęłam na jednego ze stopni, który zwykle się zapada po stawieniu na nim nogi. Postanowiłam się pośpieszyć, bo mimo wszystko wolałabym się najpierw najeść i z pełnym żołądkiem przebyć podróż pociągiem z chłopakami. Gdy wreszcie zeszłam z kufrem na dół i postawiłam go wśród innych, udałam się w stronę Wielkiej Sali. Straciłam z oczu Cherry, ale spodziewałam się gdzie się teraz znajduje i nie myliłam się. Od razu gdy otworzyłam drzwi, ujrzałam jak mały biały piesek wesoło skacze po moich przyjaciołach. Podbiegłam do nich i usiadłam się tam gdzie zwykle.
- Ten pies jest uroczy, ale mimo wszystko musisz na niego uważać. - powiedział rozbawiony Charlie na którego rzuciła się Cherry oblizując mu całą twarz. - Łatwo go można nie zauważyć i no... nadepnąć.
- No bo gdybyś miała dobermana, to już inna sprawa. Budziłby postrach na korytarzach i wszyscy by wiedzieli czyj to pies. - rzekł Carol wpatrując się w chihuahue, która teraz siedziała spokojnie na kolanach Charliego.
- My jak zawsze mamy sowy, bo rodzice wolą trzymać się tego co było kiedyś w Hogwarcie, a nie tych nowych udoskonaleń. - dodał Lukas i wziął łyk soku dyniowego.
- A tak w ogóle... spakowałaś się i zniosłaś kufer? - zapytał Leondre, który jadł jak zwykle kanapkę z pomidorem i sałatą.
- Tak, już wszystko gotowe. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się nieznacznie. - Szkoda, że nie możemy z tobą zostać Shad.
- O mnie się nie martwcie, ja sobie dam radę, a poza tym skoro rodzina chce was widzieć na święta, to powinniście jechać. - rzekła szybko Shadow kryjąca się jak zwykle pod kapturem.
- Wiesz, ja to bym chętnie została z tobą w Hogwarcie. Tak się składa, że szykują się u mnie naprawdę ciekawe i milutkie święta. - dodałam ironicznie zanim ugryzłam się w język.
- No... - przytaknął Carol i zabrał się szybko za swoją kanapkę z szynką.
- Dobra, jedzcie szybko bo nie zdążymy na pociąg. - poganiał nas rozdrażniony Lukas patrzący na Leo, który nie za bardzo śpieszył się z dokończeniem swojego śniadania.
- Uspokój się, mamy sporo czasu. - uspokajał go Charlie głaszczący Cherry za uszami.
Wpatrywałam się w Cherry z podejrzliwą miną, wyglądała jakby miała skoczyć ale na co... To zdarzyło się tak szybko, że zanim wszyscy zorientowali się co się dzieje, chiuhuahua była już na stole i wbiegła prosto na kanapkę Carol'a.
- Ej! ZŁAŹ STĄD! - ryknął na psa właściciel kanapki.
Cherry szybko otworzyła pyszczek, chwyciła kanapkę i zwiała w stronę wyjścia.
- NO EJ! Ja to jadłem! - warknął Carol wpatrując się w oddalającą się sylwetkę psa.
Większość osób znajdujących się w Wielkiej Sali ryknęła śmiechem. Tylko pewni Ślizgoni, którzy akurat weszli gdy ta sytuacja się wydarzyła, przeszli obok nich z ironicznymi uśmiechami.
- Co Thompson, nawet pies jest w stanie cię okraść? Czy jesteś taki biedny, że psy mają więcej kasy od ciebie? - spytał się z głupawym uśmieszkiem Dennis, a jego kumple wybuchnęli głośnym śmiechem.
- Ty... - warknął Carol, a Lukas spojrzał na niego z niepokojem.
- Carol, naprawdę, nie powinieneś się teraz pakować w kłopoty... - powiedział do swojego brata.
- Ojeju, bo jeście się na naś zuci malutki smarkacz. - rzekł Dennis seplemiąc jak małe dziecko.
- Natalie, łap go! - krzyknął Charlie.
Carol rzucił się na Dennisa, lecz w ostatniej chwili ja i Leondre złapaliśmy go za ramiona z trudem odciągając go od chłopaka. Dennis prychnął i spojrzał na Leo uśmiechając się jeszcze szerzej.
- A młody co? Wraca do domu? - zapytał, a w oku coś mu błysło. - Szkoda, byłoby kogo pomęczyć... Ale słyszę, że szkolny dementor zostaje, co nie? To będzie zabawnie...
Leondre rzucił się w jego stronę ale także i tym razem ja szybko zainterweniowałam i chwyciłam go za ramię. Był jednak mały problem. Carol i Leondre zaczęli się szarpać, a ja ich dwóch naraz nie mogłabym wżyciu utrzymać.
- Pomóżcie! - syknęła w stronę Lukasa, Charliego i Shadow. Wszyscy trzej przeszli nad stołem i chwycili Carol'a i Leondre nadal patrzących na Dennisa z rządzą mordu w oczach.
- To do zobaczenia kochani! - szepnął Dennis i odszedł zanim profesorowie zdążyli wejść na śniadanie.
- Chłopcy, uspokójcie się. - syknęła w ich stronę Shadow.
Leondre i Carol usiedli z powrotem na swoich miejscach obrażeni.
- O nie, nie, nie! - dodał Lukas. - My już musimy się zbierać! Zabierać swoje cztery litery z siedzeń i wychodzimy!
- Shadow. - odezwał się Charlie. - Pisz do nas rano i wieczorem, jak nie odpiszesz to uznamy, że tamci Ślizgoni coś ci zrobili, więc...
- Krótko mówiąc księżniczko, bo Lukasowi się śpieszy... - urwał i uśmiechnął się uroczo do swojego brata. - Pisz, a jak nie odpiszesz to wracamy ich sprać!
- Dobra, bo się spóźnimy! - warknął niecierpliwie Lukas. - Do zobaczenia Shadow!
- Pa chłopaki! Pa Natie! - krzyknęła Shadow gdy pobiegliśmy w stronę wyjścia.
- Musimy znaleźć najlepsze miejsca! - powiedział Charlie i wziął pośpiesznie swój kufer i mój.
- Ej! Umiem sama prowadzić kufer! - krzyknęłam przedzierając się przez tłum uczniów wychodzących z Wielkiej Sali.
- Ale wszyscy dobrze wiemy jak ci z tym idzie! - odpowiedział pośpiesznie Carol.
- A-ale gdzie jest Cherry?! Cherry! CHERRY! - krzyczałam nawołując swojego psa.
- Tam! - krzyknął Leondre wskazując jakiś biały punkt na pustych schodach.
Szybko podbiegłam i wzięłam Cherry oblizującą swój pyszczek z resztki kanapki Carol'a. Biegliśmy ile sił w nogach do stojących karoc, które jeździły same. Zajęliśmy miejsca w karocy z kuframi i zwierzętami, westchnęłam ze zmęczenia a karoca nagle ruszyła.
- Zmęczyć to ty się jeszcze zmęczysz. - powiedział Carol patrząc na mnie z uśmiechem. - Nie zapominaj, że jedziesz z czterema chłopakami... Sama...
- Nawet nie wiesz jak to dwuznacznie zabrzmiało. - powiedział Lukas i spojrzał na swojego brata unosząc brwi ze zdziwienia.
- Bo miało. - powiedział i puścił mu oczko.
Charlie pacnął się otwartą dłonią w czoło, a Leondre parsknął śmiechem.
- Chyba jednak zostanę w Hogwarcie, albo znajdę sobie oddzielny przedział. - odezwałam się i udałam bardzo poważną. - Byle z dala od ciebie.
- Radzę ci tego nie robić. - powiedział i wyszczerzył do mnie zęby i zanim zdążyłam spytać się ''Bo?'' dodał. - Bo jeśli nie teraz to w niedalekiej przyszłości i tak to cię czeka.
- Przepraszam bardzo, ale ja się w to nie mieszam. - odezwał się Lukas.
- I ja też nie. - powiedział pośpiesznie Charlie i spojrzał na Leo.
- A ty Leo? - spytał z nadzieją Carol.
- No wiesz... - powiedział i uśmiechnął się do niego.
- HA! Charlie, widzę, że twój przyjaciel się na to pisze. - uśmiechnął się do Charliego, a potem rzucił spojrzenie na Natalie.
- Dwóch na jedną, czy nie sądzisz, że to... - ale Carol nie pozwolił dokończyć Lukasowi swojego zdania.
- Załatwimy to szybko, bardzo szybko... - szepnął mi do ucha Carol i przysunął się.
Wstałam gwałtownie i wepchnęłam się między Lukasa i Charliego.
- Oh, księżniczko... - powiedział Carol i uśmiechnął się do mnie. - Wiesz, że żartujemy, ale może kiedyś...
- Zmieńmy temat, bo mi się niedobrze robi. - odezwał się Lukas.
- Podpisuję się pod tym. - powiedziałam i nadal siedziałam upchana między Lukasem a Charliem.
- No to... Też martwicie się o Shadow? - zapytał Leondre.
- Taak. - przytaknął Carol. - Dennis jest debilem, który nie boi się przekraczać granicy. My zawsze wiemy kiedy trzeba przystopować, ale on jest okropny.
Nagle karoca się zatrzymała i wszyscy gwałtownie ruszyliśmy w stronę wyjścia. Na stacji nikt nie stał więc szybko włożyliśmy kufry do specjalnego przedziału i znaleźliśmy sobie miejsce. Ja usiadłam przy oknie, a obok mnie usiadł Charlie, koło niego Carol, przede mną natomiast usadowił się Leo, a zaraz obok niego Lukas. Drzwi przedziału otworzyły się i ukazał się w nich ciemnowłosy chłopak, James Potter.
- Chłopaki! - niemal krzyknął. - Tak zasuwaliście do tego pociągu, jakby od tego zależało wasze życie!
- Lubimy wygodę, nic nie poradzisz... - odpowiedział Carol i rozsiadł się jeszcze wygodniej na swoim miejscu.
- Chcesz się przyłączyć do nas? - zapytał obojętnie Charlie.
- Jasne. Czekałem tylko na to aż ktoś zapyta. - odpowiedział i usiadł się obok Lukasa.
Oparłam głowę o okno i zamknęłam oczy. Byłam strasznie śpiąca, wstałam dość wcześnie by odrobić pracę na ferie, ze spokojem się spakować i ubrać. Bardzo szybko popadłam w objęcia Morfeusza.
*kilka godzin później*
Powoli otworzyłam oczy, ujrzałam niewyraźny zarys kilku postaci, dopiero po kilku mrugnięciach obraz się wyostrzył i teraz mogłam śmiało stwierdzić, że te zamazane postacie to Lukas, James i Leondre leżący na sobie. Wyglądali tak zabawnie i uroczo, że parsknęłam śmiechem. Nikt tego na szczęście nie usłyszał. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, jak ja muszę głupio wyglądać. Leżałam na Charliem, który opierał się głową o Carol'a. A Carol chyba nie spał.
- Żyje tu w ogóle ktoś? - zapytałam i wstałam przeciągając się.
- Tak, chyba tylko ja. - odpowiedział Carol wpatrujący się w przestrzeń.
W tej chwili dopiero zauważyłam, że pociąg już od dawna jedzie i za oknami jest ciemno.
- Ile jeszcze do Londynu? - spytałam przecierając sobie oczy knykciami.
- Jeszcze dobre półtorej godziny. - odrzekł znudzony i spojrzał w moją stronę.
- Czemu nagle wszystkim się usnęło?
- Nie wiem. Zauważyliśmy, że szybko usnęłaś, więc staraliśmy się cicho gadać, co raczej było niemożliwe. Ale spałaś jak zabita więc już nawet normalny ton głosu ci nie przeszkadzał. Rozsiadłaś się jak królowa, oparłaś się o Charliego, a nogi postanowiłaś usadowić na Leo. - dopiero w tej chwili zdałam sobie z tego sprawę, więc szybko zdjęłam nogi z kolan swojego przyjaciela i wyprostowałam się. - Więc... Jedyne co pamiętam to to, że graliśmy w prawdę czy wyzwanie.
- Prawdę czy wyzwanie? - zapytałam zdziwiona. - Jak w to się gra?
- Nigdy w to nie grałaś? - spytał zdziwiony Carol i spojrzał na mnie jak na jakieś wyjątkowo rzadkie zjawisko. - To zwykła gra. Kręcimy pustą butelką, jeśli czubek zatrzymie się na tobie na przykład, to ten kto kręcił, zadaje pytanie, czy chcesz prawdę czy wyzwanie. Jeśli wybierzesz wyzwanie to on ci mówi co masz zrobić, jeśli prawdę, to musisz odpowiedzieć prawdziwie na zadane przez niego pytanie.
- A jeśli skłamię?
- To będziemy wiedzieć, bo przed grą na każdego rzuca się zaklęcie, dzięki któremu wiemy gdy ktoś kłamie. Gdy mówisz prawdę nad twoją głową pojawia się napis ''PRAWDA'', jeśli skłamiesz pojawia się napis ''FAŁSZ''. - opowiedział chłopak.
- Aha...  - szybko zakodowałam sobie w pamięci, że nie zagram w to nigdy z chłopakami, ale na pewno muszę to zagrać z Shadow. - Jakie zaklęcie?
- Veraxmendax. - wypowiedział Carol i wstał. - Muszę ich obudzić. Pomożesz?
- Co powiesz by oblać ich Aquamenti? - zapytałam i uśmiechnęłam się do chłopaka.
- Całkiem niezły pomysł kochana. Różdżki z kieszeni! - powiedział i wyjął swoją różdżkę z wierzby ze szponem hipogryfa. - Na trzy... dwa...
- AQUAMENTI! - ryknęliśmy obydwoje, a z naszych różdżek trysnęły strugi chłodnej wody, która zaczęła zalewać naszych przyjaciół.
Leo, Lukas i James obudzili się tak gwałtownie, że gdy wstali trzasnęli się głowami. Charlie zareagował trochę spokojniej i zaczął wymachiwać rękoma starając się zablokować strumienie wody.
- Stop! STOP! - krzyknął Lukas.
- OBUDZILIŚMY SIĘ! - ryknął rozzłoszczony James.
- Okej. - odezwał się Charlie przesadnie spokojnym głosem, gdy ja i Carol zdecydowaliśmy się cofnąć zaklęcie. - Kogo to był pomysł?
- Eee... - mruknął Carol. - To był jej pomysł! Ją wińcie!
- Ej! - odpowiedziałam oburzona. - Dziękuję za pomoc wspólniku!
- Nie ma za co! - powiedział i uśmiechnął się.
Pociąg zatrzymał się i wszyscy stojący upadli na podłogę.
- Jesteśmy na miejscu. - powiedział James. - I jak ja teraz wyjdę do rodziny?!
- Poczekaj... - westchnął Lukas i mruknął coś pod nosem po czym wszyscy wyschnęli.
- Dzięki. - podziękował Charlie i uśmiechnął się. - To do zobaczenia po świętach! Wesołych Świąt!
Wszyscy wyszliśmy i pożegnaliśmy się na peronie trzymając swoje kufry i zwierzęta. W oddali zauważyłam swoich rodziców z moją siostrą westchnęłam i posmutniałam, nagle ktoś poklepał mnie po plecach.
- Nie martw się. - pocieszył mnie Charlie. - W końcu zrozumieją i zmądrzeją.
- Wątpię... - westchnęłam i spojrzałam na niego.
Zbierało mi się na łzy, ale czemu? Nie jestem wrażliwa i nie chcę być! Po prostu będę tęsknić za Hogwartem i przyjaciółmi... W końcu to całe dwa tygodnie.
- Przyjedź do nas na sylwestra. - powiedział Leo, który przysłuchiwał się z uwagą tej wymianie zdań.
- Nie wiem czy będę mogła.
- Przyjedziemy po ciebie. - zagroził Charlie, ale jego mina świadczyła o tym, że żartuje, chyba...
Uśmiechnęłam się lekko i wtuliłam się w Charliego, Leo także się do mnie przytulił.
- Ej! Nie ma przytulania beze mnie! - krzyknął Carol i rzucił się razem z Lukasem na mnie i chłopaków. Tkwiliśmy w takim uścisku tylko przez parę sekund. Musiałam się śpieszyć, bo jeszcze bym miała większe kłopoty.
- Wesołych Świąt! - zawołałam w ich stronę i podbiegłam do rodziców z kufrem i chihuahuą.
- Idziemy. - powiedziała chłodno moja mama i ruszyliśmy w stronę wyjścia.
*w domu Natalie*
 Gdy wreszcie dotarliśmy do domu zaczęła się awantura.
- Co ty sobie myślałaś robiąc to w publicznym miejscu?! Co sobie pomyślą inni?! - warknęła na mnie matka.
- Co znowu zrobiłam?! - byłam trochę zdezorientowana, bo nie wiedziałam o czym ona mówi.
- Przykleiłaś się do tamtych wyrzutków! - odpowiedział rozzłoszczony ojciec.
- Gdybyście mnie tak nie traktowali jak teraz to może nie musiałoby do tego dojść! - krzyknęłam im prosto w twarz, poczułam łzy pod powiekami, ale za wszelką cenę starałam się je powstrzymać.
- O czym ty mówisz dziewczyno? - zdziwił się ojciec. - A z resztą kogo to obchodzi! Teraz mamy sobie do pogadania na temat tego co się stało w Hogwarcie!
Mary, moja siostra, ulotniła się od razu po tych słowach i zniknęła w swoim pokoju na piętrze.
- Sądzę, że nie mamy o czym rozmawiać. - rzekłam spokojnie prostując się dumnie jak paw.
- Ależ mamy! - odezwała się blond włosa kobieta. - Co powiedziała ci Tiara Przydziału?
Teraz nawet mnie to zmusiło do myślenia. Słowa tej starej tiary odbijały się echem w mojej czaszce coraz głośniej powtarzając: ,,Twój charakter aż błaga o przydzielenie cię do Slytherinu! Czujna, tajemnicza i uparta jak ojciec!''.
- No co mówiła?! - warknął w moją stronę znudzony mężczyzna.
- Że jestem wykapaną Gryfonką. - skłamałam gładko i wzruszyłam ramionami.
- Mówiłam! - syknęła w stronę swojego męża moja matka. - Od urodzenia byłaś inna, zupełnie inna! Wyróżniałaś się nie tylko swoim durnym charakterem, ale także brzydotą. Te oczy koloru zgniłych jabłek, włosy jak śnieg i do tego gruba!
Wzdrygnęłam się. Nigdy nie spojrzałam na siebie i nie zauważyłam, że jest ze mną aż tak źle. Włosy i oczy były ładne, ale nie byłam najchudszą dziewczyną i dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę.
- Tak! Jesteś bestią! - warknął w moją stronę ojciec, który pewnie zauważył, że posmutniałam. - Nie sądzę, że pan Davies będzie chciał z tobą być.
- A co mnie obchodzi Neron? - zapytałam zirytowana.
Miałam tego wszystkiego dość, chciałam się tylko położyć w swoim łóżku i zapomnieć o całym świecie.
- Tak się składa, że spędzamy z nim święta, przyjedzie do nas także rodzina Malfoy'ów, Nott'ów i Zabinich. - rzekł ojciec.
- A-ale tu?! U NAS?! - niemal wykrzyczałam to.
Nie miałam ochoty spędzać świąt z tymi Ślizgonami, no pomijając Malfoy'a, który jest całkiem spoko.
- Tak! U nas! - odpowiedziała matka, która była najwyraźniej zadowolona z tego, że mnie zdenerwowała.
- Nie możecie!
- Możemy robić co chcemy. - warknęła w moją stronę.
- Ale... - westchnęłam po czym wzięłam swój kufer. - Idę spać.
Poszłam do góry nie zwracając najmniejszej uwagi na reakcje oburzonych rodziców. Zanim skręciłam do swojego pokoju spojrzałam z nienawiścią na pokój swojej siostry. Światło już się nie paliło, więc tym bardziej starałam się narobić najwięcej hałasu przechodząc obok tego pomieszczenia. To ona zawiniła i to tylko jej wina, że tak na mnie nakrzyczeli. Poszłam do swojego pokoju i odłożyłam kufer na bok. Cherry przyleciała szybko i wskoczyła na łóżko przyglądając się mi z zaciekawieniem. Weszłam do swojej łazienki i szybko się umyłam. Ubrałam się w piżamę i gwałtownie wyszłam z łazienki zatrzaskując za sobą drzwi. Zamknęłam przy okazji drzwi od pokoju i rzuciłam ubrania na kufer. Wyłączyłam dużą lampę. Położyłam się z pustym żołądkiem w łóżku i zapaliłam małą lampkę, która zawsze się świeciła gdy spałam. Westchnęłam i wtuliłam się w kołdrę. Cherry pisnęła cicho, wepchnęła się obok mnie pod kołdrę i zaczęła mnie lizać po ręce.
- Dobranoc Cherry. - mruknęłam po czym od razu zasnęłam.

---
Troszkę się rozpisałam.
No to komentujcie i dzięki na przeczytanie.
Pozdrawiam,
xXNatalie

1 komentarz:

  1. 1. Brawo dla Cherry (ale wiesz BOB o wiele ładnie brzmi)
    2. Jak już piszesz po dziecięcemu to SMAJKAĆ
    3. W ŻYCIU * pisze się osobno
    I widzisz nikt cię nie słucha!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń