poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Rozdział 11.

*perspektywa Charliego*
List rodziców Natalie był dziwny. Jak można zabraniać komuś przyjaźni tylko z powodu czystości krwi i tego z kim się zadają. A jej siostra? Jej własna, jedyna siostra doniosła na nią rodzicom. Czy mam wierzyć Natalie, że ją do tego zmuszono? Ta cała zasada czystości krwi jest bez sensu. A zresztą to nie jej wina, że trafiła do Gryffindoru. To przecież taki sam dom jak wszystkie inne. Moje rozmyślnie przerwał czyiś głos.
- Ej stary, bo spóźnimy się na "najlepszą" lekcję świata - powiedział Carol robiąc niewidzialny cudzysłów w powietrzu - przecież wróżbiarstwo jest tak potrzebną lekcją...
- Dobra, dobra, skończ już. Wyczuliśmy ten sarkazm. - przerwałem jego wypowiedź - To my się będziemy zbierać.
Leniwie wstałem ze swojego miejsca pociągając za sobą Lucasa i dając do zrozumienia Carolowi, że naprawdę musimy już iść. Razem z bliźniakami wyszedłem z Wielkiej Sali i udaliśmy się w stronę Wieży Północnej. Gdy usiedliśmy się w klasie na stolikach przed nami pojawiły się filiżanki od herbaty. Dobrze wiedziałem co to oznacza.
- Witajcie moi drodzy. - powiedziała pani Trelawney wyłaniając się nie wiadomo skąd - Dzisiaj powróżymy sobie z fusów herbacianych. Macie przed sobą filiżanki i będziecie wróżyć sobie wzajemnie.
Carol uśmiechnął się szeroko. A przecież dopiero co narzekał na tę lekcję.
- Wiem, że coś planujesz, oczy ci się świecą... - rzuciłem w stronę Carola - Powiesz nam łaskawie, czy to tajemnica?
- Poczekasz to się dowiesz... - uśmiechnął się jeszcze szerzej
- Merlinie, ratuj nas... - szepnął Lucas, a ja i Carol zaśmialiśmy się.
No, ale dobra w końcu musieliśmy się skupić na lekcji. Ja wróżyłem Lucasowi, on swojemu bratu, a Carol mi. Wziąłem filiżankę ze stolika i zacząłem się przypatrywać jej zawartości. Nie żeby coś, ale ja tam nic nie widziałem i jak mi się zdawało Lucas także. Tylko Carol obracał szklanką i głupio się uśmiechał, jakby doszukiwał się jakiegoś cudownego odkrycia w fusach od herbaty. Pani Trelawney chodziła od stolika do stolika przypatrując się poczynaniom uczniów. Udawałem, że mnie to chociaż interesuje i próbowałem coś odczytać, ale chyba nie jestem typem jasnowidza, a tym bardziej wróżki. To było takie nudne. Bo przecież jak długo można wgapiać się w głupie fusy od herbaty? Nawet nie zauważyłem, gdy nauczycielka znalazła się przy naszym stoliku.
- Proszę pani, może mi pani pomóc, bo nie jestem pewien co to jest? - spytał Carol podając swoją filiżankę nauczycielce. Wiedziałem, że właśnie wciela swój plan w życie.
- Ależ oczywiście. - powiedziała pani Trelawney biorąc filiżankę z jego rąk - Widzę tu czarnego motyla. To niezbyt dobrze dla ciebie kochanieńki. Szykuj się na jakieś złe nowiny lub czyjąś śmierć.
- Ale proszę pani... - kontynuował Carol - ...według mnie to jest jednorożec...
- Nie wmawiaj mi czegoś, czego tu nie ma... Chyba dobrze wiem co widzę. - powiedziała nie dając po sobie poznać zdenerwowania.
- Ale nie widzi pani... Niech pani spojrzy. Tu ma róg, tu ogon, a tam cztery nóżki z kopytkami... - powiedział wymachując palcem nad filiżanką.
- Chłopcze, uczę w tego przedmiotu tyle lat, że chyba dobrze wiem, co widzę... - odpowiedziała ze spokojem - A po za tym jakiś dzieciak nie będzie mi mówił, że się mylę...
- Ale proszę pani... - kontynuował - ...według mnie to naprawdę jednorożec...
- Ech, przestań już - powiedziała pani Trelawney odkładając filiżankę na stolik i odchodząc do innego stolika. Gdy tylko zajęła się tłumaczeniem tego uczniom przy innym stoliku Carol wybuchnął śmiechem.
- Co to miało być? - spytał Lucas
- Jak to co! Wykazuję jakim jestem genialnym jasnowidzem! - odpowiedział bratu Carol
- Chyba wykazałeś jakim jesteś kompletnym głupkiem kłócąc się z nauczycielką... - westchnął Lucas poprawiając okulary.
- Oj, przestańcie... - wtrąciłem się. Nie chciałem przecież żeby się pozabijali. - Ale to było mocne. A tak w ogóle to jaką mamy teraz lekcję?
- Historię magi, a co? - otrzymałem błyskawiczną odpowiedź od Lucasa
- Nic, tylko zaraz zacznie się kolejna... najnudniejsza lekcja świata... - westchnąłem
- Spokojnie, nie będzie aż taka zła... - uśmiechnął się Carol tajemniczo
- Czy ty chociaż jednej lekcji nie możesz przesiedzieć spokojnie? - Lucas spojrzał poważnie na brata
- Jeśli to historia magii to odpowiedź jest oczywista - NIE! - ostatnie słowo prawie wykrzyknął.
Lekcja wróżbiarstwa już dobiegała końca, na szczęście, bo miałem jej dosyć i byłem ciekaw co znowu wymyślił Carol. Wyciągnąłem z pod stołu mój plecak z książkami, bliźniacy zrobili to samo. Nareszcie ta lekcja się skończyła. Założyłem plecak i razem z przyjaciółmi w pośpiechu opuściliśmy klasę. Musieliśmy niestety zwolnić przy schodach, żeby czasami nie spaść i się nie pozabijać. Gdy już bezpiecznie zeszliśmy ze schodów udaliśmy się w stronę odpowiedniej klasy. Usiedliśmy na miejscach. O dziwo pana Binnsa nie było jeszcze w klasie, a skoro nie ma nauczyciela to zaczynają się rozmowy, straszny hałas, bieganie po klasie, itp.  Nagle 'ktoś' przeniknął przez zamknięte drzwi klasy. Był to nie kto inny, tylko nasz nauczyciel. Z mizernym skutkiem próbował nas uciszyć. Jednak w końcu mu się udało i rozpoczął swój naprawdę długi i nudny wykład. Większość uczniów pousypiała, część która nie usnęła albo pisała jakieś karteczki, albo rozmawiała szeptem. Tylko Lucas zdawał się coś notować. Ja rozglądałem się po klasie. Mój wzrok natrafił najpierw na tę krukonkę, o której wspominał Carol - Chloe. No muszę mu to przyznać blondynka jest bardzo ładna. Kiedy na nią spojrzałem rozmawiała zawzięcie ze swoją przyjaciółką, co chwilę chichocząc. Moje rozmyślanie i gapienie się na Chloe przerwał, jak zwykle, dobrze znany mi głos...
- A nie mówiłem, że się zakochałeś? Mówiłem... - znowu Carol. O czym on myśli?
- Nie masz racji. - zaprzeczyłem
- Tak, tak... Wmawiaj sobie, wmawiaj... - kontynuował - Ja i tak wiem swoje.
- A ty tylko o jednym... - Lucas najwyraźniej przestał notować
- No, bo w sumie o czym? Nie ma za bardzo tematu... - bronił się Carol
- Może by tak o lekcji? - zaproponował Lucas
- Hmmm...pomyślmy....może - Carol udawał, że się zastanawia - NIE... Mam lepszy pomysł...
- No, dajesz geniuszu. - wtrąciłem się
- No, dobra... Co wy na to żeby urwać się z tej lekcji? - spytał
- Mi pasuje - stwierdziłem
- Carolu Thompsonie, mój drogi bracie bliźniaku, nawet o tym nie myśl. - wtrącił się Lucas, zerkając na brata znad okularów.
- Przepraszam cię, ale już to zrobiłem i zaraz wcielam swój plan w życie. - zaśmiał się
- Nawet nie próbuj. - chciał w jakiś sposób go zatrzymać
- Bo co? - spytał się Carol z miną niewiniątka
Lucas już nic nie powiedział, tylko westchnął. Na szczęści Carol nie musiał wcielać swojego planu w życie, bo za 10 minut kończyła się ta męka. Spojrzałem jeszcze raz w stronę krukonki, a potem usiadłem prosto udając, że słucham nauczyciela. W głowie miałem cały czas słowa Carola: "Zakochałeś się... Możesz sobie wmawiać co chcesz, ja i tak wiem swoje".
******
Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że się podoba.
Shadow

czwartek, 18 sierpnia 2016

Rozdział 10.

W drodze do Wielkiej Sali, chłopacy opowiadali o wczorajszej lekcji latania. Wszyscy byli zachwyceni i w końcu temat zszedł na najlepsze miotły do quidditcha, a później rozmowa potoczyła się na drużynę Gryfonów.
- Mój brat mi powiedział, że James jest świetnym kapitanem drużyny. - powiedział Mike patrząc na swoich przyjaciół.
- Na jakiej pozycji gra twój brat? - zapytał zaciekawiony Oliver.
- Jest szukającym. - rzekł i wyprostował się dumnie. - Ma najważniejsze zadanie z całej drużyny, musi złapać znicz.
- Czy on przypadkiem nie musi w tym roku zdać Standardowych Umiejętności Magicznych? - zapytał Dylan i od razu dodał. - Chyba jest z moją siostrą w klasie.
- Tak, zdaje SUMy i bardzo się denerwuje. Przez całe wakacje chodził z książką pod pachą przypominając sobie bez przerwy jakieś zaklęcia, eliksiry lub gwiezdne konstelacje. - odpowiedział szybko. - A gdy coś mu się pomyliło, rzucał książką w ścianę.
David uniósł brwi, tak, że prawie zniknęły pod jego czupryną.
- A ten Potter na jakiej gra pozycji? - zapytał David. - Jego ojciec i dziadek byli szukającymi, a on?
Mike znał doskonale całą drużynę Gryfonów więc westchnął i kontynuował.
- Na początku był szukającym, dopóki ich stary kapitan nie zastąpił go moim bratem. - odpowiedział. - Okazał się od niego lepszy, a dzisiaj James gra na pozycji ścigającego.
Cała grupka osób na chwilkę zamilkła, dopóki wreszcie nie postanowiłem się odezwać.
- Jeden ze ścigających ukończył Hogwart, co nie? - zapytałem. - Na tablicy wisiało ogłoszenie, że szukają następnego.
- O taak. - potwierdził Mike. - Planuję się zgłosić, wiesz, może i nie mam miotły, ale będę raczej mógł zabrać jakiegoś ze szkolnych Zmiataczy.
- Ty też powinieneś się zgłosić. - dodał szybko Dylan.
- Właśnie! - potwierdził David i uśmiechnął się szeroko.
- Czemu ostatnio wszyscy uważają, że dobrze latam? -zapytałem zirytowany.
Najpierw pani Hooch mówi, że najlepiej mi szło, potem Natalie, a teraz jeszcze moi kumple. Może faktycznie dobrze latam na miotle... Ale przecież jest dużo lepszych i bardziej doświadczonych ode mnie osób.
- Na lekcji latania byłeś doskonały. Wszyscy tak uważają, tylko ty w siebie nie wierzysz! - Oliver wydusił te słowa tak szybko, że ledwo można było go zrozumieć.
Mike skrzywił się lekko i nie odzywał się już więcej. Gdy doszli do Wielkiej Sali postanowiłem się od nich odłączyć i podbiegłem do miejsca gdzie siedzieli moi przyjaciele. Zająłem tradycyjnie miejsce po lewej stronie Natalie, tak jak za pierwszym razem po Ceremonii Przydziału.
- Hej młody! - przywitał się ze mną Carol siedzący z drugiej strony Natie.
- Hej. - odpowiedziałem i pośpiesznie nalałem sobie soku dyniowego do mojego pucharku, po czym podwinąłem rękawy szaty i zabrałem się za kanapki z pomidorem i sałatą. Zanim zdążyłem ugryźć chleb, usłyszałem jak ktoś zaczął wydawać dźwięki podobne to krztuszenia się. Odłożyłem kanapkę i spojrzałem przed siebie. Shadow, która właśnie dopiero co wzięła łyk soku dyniowego zaczęła kaszleć. Charlie i Lukas patrzyli na nią zdziwieni i zaczęli ją klepać po plecach.
- Ej, Shad, co jest? - zapytała Natalie, która także dopiero co przerwała swój posiłek i patrzyła z niepokojem na przyjaciółkę.
Gdy wreszcie przestała kaszleć, pokazała palcem na mnie.
- Co ty masz na ręce? - zapytała ochrypłym głosem.
Wszyscy spojrzeli na moje ręce. Każdy miał minę lekko zaniepokojoną, a gdy ujrzałem na swoich rękach liczne siniaki odpowiedziałem gładko:
- To po tym wypadku. - wszyscy otworzyli oczy jeszcze szerzej. - No po tym jak zleciałem z miotły na lekcji... Natalie to widziała i może potwierdzić, że był mały wypadek.
Tym razem wszyscy skierowali wzrok na Natalie, która przytaknęła na zgodę, że widziała.
- Może powinieneś iść do pani Pomfrey? - zaproponowała Shadow już normalnym głosem.
- Przecież to tylko parę siniaków... - tym razem wtrącił się Carol. - Chyba nie wymiękasz, co?
- Jasne, że nie! - odpowiedziałem szybko nieco zirytowany.
Czułem nieprzyjemne ukłucie gdzieś w żołądku. Wszyscy myśleli, że to po spadnięciu z miotły, czyli tak jak zaplanowałem, nie ma co zadręczać się wyrzutami sumienia. Lepiej dla nich, że nic nie wiedzą. Skrzywiłem się i zjadłem swoją kanapkę. Ale... - no właśnie, zawsze jest jakieś ale - czy przez cały czas będę musiał im mówić te kłamstwa, gdy dopadną mnie znowu gdzieś samego, ci wredni Ślizgoni. Odruchowo spojrzałem w stronę ich stołu. Neron rozmawiał z Zabinim i Nottem, a siostra Natalie gawędziła wesoło ze swoją przyjaciółką.
- Jak ma twoja siostra na imię? - zapytałem Natalie.
- Mary, a ta dziewczyna z którą rozmawia to Michelle McGowan. - powiedziała przyglądając się Ślizgonom.
- Czy wszyscy Ślizgoni są tacy źli? - zapytałem niepewnym tonem. - Jak tamci...
Przez chwilę myślałem, że zaczną się pytać o co mi chodzi, ale na szczęście tak się nie stało.
- Taa, to zuo w czysey posaaci. - powiedział niewyraźnie Carol z pełnymi ustami, ale chyba wszyscy go zrozumieli.
- Ich dom ma po prostu złą historię, ta cała Komnata Tajemnic z potworem w środku... - powiedział Lukas tonem, który brzmiał jakby przesądzono sprawę.
- Nie zapominajcie, że z tego domu wyszło najwięcej śmierciożerców. - dodał szeptem Charlie, który najwyraźniej zignorował zdanie kolegi.
- I ta cała czystość krwi. - rzekł Carol.
- Ta zasada o czystości krwi jest do bani. - warknął Lukas i spojrzał na brata, który siedział tuż przed nim i uśmiechnął się.
- Spójrzcie na nas. - dodał Carol i uśmiechnął się jeszcze szerzej od brata.
- Jesteśmy półkrwi.
- Ale według nas...
- ... jesteśmy po prostu podzieleni...
- ...naszą krwią pół na pół....
- ...a gdy jesteśmy razem...
- ...można by powiedzieć, że mamy czystą krew.
- Szkoda, że to tak nie działa. - powiedział Charlie i wyszczerzył zęby do bliźniaków.
- No ale ty mój drogi... - rzekł Carol.
- Jesteś czysty. - dokończył Lukas.
- No tak! Czyściutki, grzeczny chłopczyk! Nie to co my na pół brudni, pół czyści chłopcy...
Parsknąłem śmiechem.
- Czasem po prostu mnie rozbrajacie. - powiedziała Shadow.
- Ci Ślizgoni muszą mieć naprawdę nudne życie... Ktoś ci się spodoba, musisz poznać czystość krwi, bo inaczej nie pozwolą ci za tego kogoś wyjść. - powiedział Lukas.
- No właśnie, Natie, nie pozwolą nam być razem! - powiedział Carol i zrobił smutną minę. - Lukas i Leo też nie mają na co liczyć. Charlie, tylko ty masz szansę, ale nie poddam się tak łatwo.
- Oh, przymknij się. - parsknął Charlie. - Ona nie jest ze Slytherinu.
- Ale jej rodzinka to arystokracja. - powiedział Lukas tym razem już poważniej i sięgnął po tosta.
- Nie ma wyjścia, bo inaczej ją wydziedziczą. - dodał Carol. - Ja już wiem jak to jest. Spójrzcie na Malfoy'a!
- Przyznaję, że nie jest taki zły jak na Ślizgona, a ten drugi Potter'em też nie jest taki okropny. - odezwałem się. Malfoy i Potter byli spoko, czasem nawet zamienił z nimi kilka zdań i nigdy go nie wyzywali.
- Uważaj bo się zakochasz. - rzekł Carol i uśmiechnął się. - Pamiętaj, że to arystokrata, nie pozwolą ci z nim być!
- Nieudany związek pana Devries'a i Malfoy'a! Już widzę pierwszą stronę w Proroku Codziennym. - zażartował Charlie.
- Dajcie spokój. - powiedziałem, ale mimo to śmiałem się razem z nimi.
- Charlie, a jak twoje życie uczuciowe? - zapytał Carol i mrugnął do niego.
- Przymknij się...
- Chloe, Samantha, a może tym razem postarasz się o Mary Hill, co? Przynajmniej miałbyś szansę... Ona jest taka piękna. - powiedział Carol i spojrzał z rozmarzeniem w sufit. Nie byłem do końca pewny czy udaje, czy na serio coś do niej czuje. - Niestety, na pół brudnych i pół czystych nie może patrzeć, a szkoda...
- Mary jest Ślizgonką, chyba nie może być aż tak SUPER, bo wszyscy Ślizgoni to zło. - powiedział Charlie szczerząc się.
Tym razem wydawało mi się, że rozmowa potoczyła się za daleko... Bliźniacy spojrzeli na Natalie i zamilkli. Charlie również przestał się śmiać.
- Emm... Natie? - zapytała niepewnym głosem Shadow.
- Księżniczko... 
- Kto uważa moją siostrę za zło niech powie mi to w twarz. - powiedziała cicho Natalie, ale tak syczącym głosem, że na plecach przeszły mi dreszcze.
- Ja nie chciałem tego... to nie oto chodzi... - jąkał się Charlie z zakłopotaną miną.
- Nie chciałeś? Powiedziałeś to na tyle wyraźnie i pewnie, że nie sądzę by było to powiedziane ''przez przypadek''.
- Posłuchaj...
- Nie! To ty posłuchaj! Slytherin jest wspaniałym domem, nie rozumiem jak możecie mówić tak źle o wszystkich mieszkańcach tego domu! Skoro nie znacie dobrej strony tego domu to wasza sprawa, ja ją znam i uważam za genialną. Gdybym nie należała do Gryffindoru to chciałabym należeć do Slytherinu! I tak, nie wstydzę się tego.
- Ty nie rozumiesz co to znaczy być Ślizgonem. Całe życie wpajali ci, że to dom wręcz stworzony dla ciebie, ale w rzeczywistości tak nie jest. - powiedział Carol.
- Skąd wiesz gdzie bym trafiła gdybym nie poprosiła Tiary o umieszczenie mnie w Gryffindorze?! - zapytała tym razem głośniej.
Dopiero po chwili sens tych słów do nas dotarł. Rozejrzałem się niespokojnie, ale nikt nie zwracał na nas uwagi, całe szczęście.
- A więc... Tiara chciała cię umieścić w Slytherinie? - zapytał Lukas. - Czemu nam nie mówiłaś?
- A czy to ma jakieś znaczenie? - rzekła spokojnie Natie.
- Dla mnie ma. - odpowiedział Carol. - Teraz przynajmniej wiem skąd ten charakterek.
- Slytherin. Nie. Jest. Zły! - powiedziała zirytowana.
- Dobra... Przepraszam Natie, trochę za bardzo się rozpędziliśmy... - odezwał się Charlie.
- Właśnie, w końcu nie znamy Ślizgonów... Poza tymi idiotami typu Dennis. - rzekł Carol.
- Dobra. Nie mam wam za złe, że niektórzy Ślizgoni są idiotami, a niektórzy nie. - odpowiedziała Natalie i wzięła łyk soku dyniowego.
- Skoro już zmieniamy temat, co teraz mamy? - zapytałem.
- Teraz mamy Transmutacje. - odpowiedziała Shadow.
- My mamy Wróżbiarstwo. - jęknął Charlie.
Nagle usłyszeliśmy trzepot skrzydeł co mogło oznaczać tylko jedno - przyleciała sowia poczta.
***perspektywa Natalie***
Wkurzyłam się na nich, to fakt, ale bezpodstawnie zaczęli oskarżać moją siostrę. Co z tego, że jest Ślizgonką? Może jest inna niż wszyscy.  Gdy mnie przeprosili postanowiłam im wybaczyć, w końcu to moi przyjaciele. Nawet gdy przyleciała sowia poczta nie odwróciłam się, bo nie spodziewałam się żadnych listów od rodziców lub czegokolwiek.
- Jest! Prorok Codzienny, ciekawe jakie bzdury dzisiaj wypisała ta Rita Skeeter. - powiedział Charlie gdy podleciała do niego sowa, która jak zwykle wyciągnęła nóżkę.
Charlie szybko wyciągnął pięć knutów z kieszeni i włożył sowie do woreczka.
Blondyn zniknął za wielką gazetą, a ja siedziałam i czekałam aż Shadow i Leondre się najedzą. Bardzo się zdziwiłam gdy przede mną wylądowała szaro-złota płomykówka - sowa rodziców.
- Nie, nie, nie... - jęknęłam.
- O co chodzi? - zapytała Shadow.
- Nic... Po prostu list od rodziców... - szybko wzięłam list, a sowa odleciała.

Droga Natalie,
Dostaliśmy od naszej kochanej, najstarszej córki list z wiadomością, że trafiłaś do Gryffindoru. 
Ta wiadomość może nie wstrząsnęła nami tak bardzo jak sądziliśmy, ale musisz wiedzieć, że bardzo się na Tobie zawiedliśmy. Myśleliśmy, że będziesz podążać śladami Mary, która nie tylko najlepiej się uczy z klasy, ale jest także bardzo popularna i piękna. 
Sądzę, że powinnaś się trzymać także z daleka od Thompsonów, Devriesa oraz zdrajców krwi typu pan Lenehan i panna Black. Nie powinnaś się bardziej pogrążać, wystarczy, że trafiłaś już do Gryffindoru. Thompsonowie potrafią być niebezpieczni, zarówno jak dla Twojej inteligencji jak i życia. Mary mówiła, że nie tylko uczą się najgorzej z jej klasy, ale także lubią robić niebezpieczne kawały zagrażające zdrowiu. Wiem, że na początku trudno Ci będzie się z nimi rozstać, bo podobno bardzo ich lubisz i często z nimi przebywasz na przerwach i w czasie posiłków, nie mówiąc już o tym, że widzisz ich na co dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru.
Jeśli nie zerwiesz z nimi znajomości, będziesz miała kłopoty i to duże, o których porozmawiamy gdy przyjedziesz do domu na święta. Twoja kochana siostra informuje mnie o wszystkim co dzieje się w Hogwarcie, więc tak czy inaczej dowiem się czy nadal przebywasz w ich towarzystwie. 
Mam nadzieję, że przejrzysz na oczy.
Serdeczne pozdrowienia,
Twoi rodzice

Ogarnęła mnie fala gniewu, nadal wpatrywałam się w kawałek pergaminu nie mogąc uwierzyć co mi napisali. Nie dość, że chcą bym zerwała znajomość z wszystkimi jej przyjaciółmi, ale na dodatek, piszą tak jakbym była ich kochaną córeczką na której się zawiedli, a w rzeczywistości traktują mnie jak śmiecia. Prychnęłam i ze złością zgniotłam kawałek pergaminu.
- Co ci napisali? - zapytał Leo marszcząc brwi.
- Nie ważne. - odpowiedziałam wkurzona.
- Pokaż... - rzekł Charlie, który przestał czytać Proroka.
- Nie. - powiedziałam zdecydowanie.
- Pokaż, albo wyrwę ci to siłą. - odezwał się Carol.
- Nie odważysz się. - odpowiedziałam mu.
- On jest na tyle głupi by to zrobić. - rzekł rozbawiony Lukas.
Carol rzucił się na mnie i zabrał mi list, a ja westchnęłam zrezygnowana. Wszyscy pochylili się nad rozgniecionym kawałkiem pergaminu i zaczęli czytać. Gdy skończyli spojrzeli na mnie.
- Wiedziałem, że tak będzie. - pierwszy odezwał się Lukas.
- Ale jak można Lukasa nazwać głupim! - Charlie niemal to wykrzyczał. - Twoja siostra z nim rywalizuje o tytuł najlepszego ucznia, ale jest na tym samym poziomie co on, ani cala wyżej. 
- Przepraszam bardzo, ale twoja siostra jest wredna. - odezwał się Carol.
- Nie znacie jej...
- A co niby ma znaczyć ten list? Donosi twoim rodzicom i do tego same bzdury. - przerwał mi Lukas. 
- Ona jest inna, pewnie została zmuszona...
- No dobra, dobra. Skończcie bo znowu się pokłócicie. - odezwał się wkurzony Leo. 
- Okej. Ale jeśli chcesz zerwać z nami kontakty, to obiecuję nie wywinąć ci jakiegoś żartu zagrażającemu twojej inteligencji lub życiu. - zażartował Carol i udał, że robi bardzo poważną minę. 
- Dobra, każdy wie, że Natie nas lubi i nigdy nie zerwie z nami kontaktów, tak? - zapytała Shadow.
- Jasne. Jesteśmy przyjaciółmi. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się delikatnie. 
---
Tyle ode mnie,
Pozdrawiam,
xXNatalie

wtorek, 16 sierpnia 2016

Rozdział 9.

*perspektywa Leo*
Położyłem się spać w moim łóżku w dormitorium. Długo nie mogłem zasnąć. Przyczynił się do tego zarówno straszny ból przy poruszaniu się, nogi i ręce miałem całe posiniaczone, jak i coś co leżało w mojej psychice. Ciągle mam przed oczami Denisa i jego kolegów, którzy kopali mnie, bili i wyzywali. Ciągle słyszę ich rechot, gdy zwijałem się z bólu pod ścianą. Cieszyłem się tylko, że Natie tam nie było i nie musiała tego wszystkiego oglądać. Miałem dosyć, strasznie bolało mnie wszystko, ale nie mogłem im powiedzieć. Nie wytrzymałbym ich litości, a zresztą ci ślizgoni zaczęliby ich również zaczepiać. A co jeśli prze zemnie Shadow znów trafiłaby do skrzydła szpitalnego. Tego idioty - Nerona, też nie chcę widzieć na oczy. Zrobiłem to przez przypadek, a on zrzucił mnie z miotły. Przez niego mogłem sobie coś złamać. Byłem smutny i zły. Łzy same cisnęły mi się do oczu, ale nie mogłem płakać. Musiałem być silny dla nich - moich przyjaciół. Nagle przypomniała mi się mina Natalie kiedy musiałem ją okłamać, że nic mi nie zrobili. Ona wiedziała, wiedziała, że coś jest nie tak. Charlie i reszta również nie chcieli mi na początku wierzyć, jednak cudem udało mi się przekonać ich tą gadką. Miejmy nadzieję, że nie zauważą siniaków, bo będę musiał wymyślić kolejny przekręt. Sięgnąłem po pergamin, pióro i różdżkę. Nakryłem się kołdrą.
- Lumos - powiedziałem najciszej jak umiałem, żeby nie obudzić reszty.
Położyłem pergamin na kolanach i zacząłem coś pisać. Pisałem moje przeżycia i uczucia, a słowa same składały się w tekst. Nim się obejrzałem zapisałem całą stronę. Oczy bolały mnie ze zmęczenia.
- Nox - szepnąłem i schowałem zwinięty pergamin na samym dnie kufra.
Zasnąłem. Śniły mi się zdarzenia z wczoraj. Miałem to przed oczyma: Ja i Natalie wracaliśmy z lekcji latania na miotle. Nagle dziewczyna mnie popchnęła. Na początku nie wiedziałem o co jej chodzi, ale kiedy się zorientowałem było już za późno na ucieczkę. Jeden z nich już trzymał mnie za ramię. Natie próbowała się bronić i odważnie odpowiadała ślizgonom. Nagle jeden z nich, gdzieś ją wziął. Wystraszyłem się, że mogą jej coś zrobić. Chciałem jej pomóc, ale nie mogłem się nawet ruszyć. Kiedy nie było już słychać żadnych kroków, jeden z nich - Denis popchnął mnie na ścianę.
- I co Devries nadal jesteś taki odważny? - spytał się rechocząc. Nie odezwałem się ani słowem.
- Nie słyszałeś, Denis się ciebie czegoś pytał! - krzyknął drugi i uderzył mnie dosyć mocno w brzuch, tak że upadłem. Na co Denis i ten chłopak zaczęli mnie kopać. Nagle przybiegł chłopak, który był z Natalie.
- Jimmie, tylko nie mów, że ci uciekła ta smarkula.... - powiedział Denis
- Nie, nie, ona siedzi zamknięta... Nikt jej tam nie znajdzie... - zaśmiał się - No dobra teraz zajmiemy się tobą.
Próbowałem się podnieść, ale kończyło się to tylko kolejnym upadkiem i rechotem ślizgonów.
Nagle obudziłem się zlany potem. Miałem tego dosyć. Przekręciłem się na drugi bok i sięgnąłem po telefon. Sprawdziłem godzinę, była 6.00. Nie zamierzałem spać dalej, nie chciałem wracać do tamtego koszmaru, który tak na prawdę był rzeczywistością. Usiadłem na łóżku. Przetarłem oczy i rozejrzałem się po dormitorium. Dylan, Mike, Oliver i David jeszcze spali. Wstałem i poszedłem do łazienki. Podszedłem do umywalki i przemyłem twarz zimną wodą. Spojrzałem na swoje ręce i nogi, były całe w siniakach. Przy każdym dotyku i ruchu bolały strasznie. Wróciłem do dormitorium po ubrania. Poszedłem z powrotem do łazienki i ubrałem się w mundurek. Kiedy wyszedłem z łazienki było coś koło 7.00. Reszta już zaczynała się budzić.
- Leo, ty już nie śpisz? - spytał Dylan
- Nie, nie... - odpowiedziałem zakładając na siebie szatę i kładąc różdżkę do kieszeni. Chłopcy poszli się po kolei ubrać, a ja w tym czasie spakowałem książki do plecaka. Razem z nimi wyszedłem z dormitorium. Udaliśmy się na śniadanie w kierunku Wielkiej Sali.
******
To tyle ode mnie. Mam nadzieję, że się podoba. Czekam na komentarze, bo to dla mnie wielka motywacja.





wtorek, 9 sierpnia 2016

Rozdział 8.

Lekcja latania była super. Natalie i Leondre szli korytarzem zawzięcie dyskutując na temat quidditcha.
- Też poczułaś tą wolność w powietrzu? Wtedy gdy dosiadłaś miotły? - zapytał podniecony Leo.
Natalie spojrzała się w przestrzeń i westchnęła uszczęśliwiona.
- Tak... Jak ptak! - powiedziała z uśmiechem Natie. - A z tobą wszystko ok? Zleciałeś z miotły... Może i nie z jakiejś dużej wysokości ale jednak mogłeś sobie coś zrobić...
- Spoko, jestem cały. - rzekł i uśmiechnął się przyjaźnie do Natalie.
- To dobrze... Myślałeś już czy nie chcesz być w drużynie Gryfonów? - zapytała Natalie.
Leondre nieco się zdenerwował po tym pytaniu.
- Niby czemu? Nie sądzę, że mnie, pierwszorocznemu, uda się dostać do drużyny... No byłoby super fajnie gdybym się dostał... ale szczerze wątpię...
- Jesteś super! Widziałam jak latasz, przecież... Mało kto tak umie! - pochwaliła go Natalie.
Prawie natychmiast oblał się rumieńcem gdy to usłyszał.
- A-ale spadłem z miotły... - powiedział niepewnie.
- Przez Nerona. - przerwała mu Natalie. - Wiesz jaki on jest...
Najmniej lubianą osobą w klasie był właśnie Neron Davies. Wszyscy inni Ślizgoni byli okej ale on wraz z Zabinim i Nottem byli nie do zniesienia. Trójka Ślizgonów zalazła im pod skórę już pierwszego dnia. Podczas drugiej godziny eliksirów, Leondre przez przypadek wylał na nich swój eliksir w drodze do profesora, pokłócili się i zapewne na zawsze stali się wrogami.
- Ale to nie zmienia faktu, że dałem się zrzucić... - odpowiedział tym razem bardziej pewnie niż wcześniej.
- Jak uważasz... - westchnęła zrezygnowana.
Jeszcze przez całą drogę rozmawiał z Natalie o pracy domowej, w której na końcu Natalie obiecała mu pomóc.
- No wiesz Historia Magii nie jest zbyt... - urwał Leondre.
Natalie na początku zdziwiona jego zachowaniem spytała się o co mu chodzi, ale po chwili zobaczyła pewną grupę Ślizgonów idącą w ich kierunku.
- No nie... - szepnęła, po czym dodała nieco głośniej. - Idziemy! W drugą stronę...
- Ej, ej zaczekaj Hill! - zawołał jeden z nich i puścił się biegiem za nimi.
Natalie popychała Leondre do przodu. Od razu rozpoznała grupkę Ślizgonów, ci sami zaatakowali Shadow. W końcu Ślizgoni ich dogonili.
- Hmm... Wiecie, że odjęli naszemu domowi trzydzieści punktów? - zapytał jeden z nich, był to brunet z niebieskimi oczami. Natalie od razu rozpoznała w nim chłopaka z piątej klasy o którym wspominała jej siostra. ,,Z Dennisem nie warto zadzierać, tępi każdego kogo sobie upatrzy. Nie ważne czy coś mu ta osoba zrobiła... On musi znaleźć jakąś ofiarę. Jest jednym z zaledwie około dziesięciu Ślizgonów z którymi nie warto się zadawać, jednak jest jednym z naszych, akceptujemy to... w końcu musimy.''
- Wiemy. - odpowiedział Leondre patrząc mu w oczy.
Leo był przytrzymywany przez kasztanowłosego chłopaka o brązowych oczach. Chłopak był co najmniej dwie głowy od niego wyższy i dwa razy szerszy.
- To pewnie wiesz także o tym, że dostaliśmy szlaban od McGonagall, bo pobiliśmy twoją koleżankę? - rzekł ciemnowłosy chłopak przytrzymujący Natalie.
- Tak, tak. Wiemy o wszystkim. - odpowiedziała znudzona Natie.
Wiedziała, że w takiej chwili nie warto się z nimi wykłócać, ale ona nie mogła dać po sobie poznać, że się ich boi.
- Daj spokój Hill, on jest zwykłym wyrzutkiem, nie potrzebnie się z nim zadajesz... - powiedział Dennis prostując się.
Kto jak kto, ale sam bał się jej coś odpowiedzieć. Była arystokratą z czystokrwistej rodziny, a na dodatek jej rodzice pracują na wysokim stanowisku w Ministerstwie Magii. Także jej starsza siostra ze Slytherinu, którą zna, nie byłaby zachwycona na wieść, że coś stało się jej młodszej siostrze.
- Odwal się od moich przyjaciół, jasne? - powiedziała przez zęby Natalie patrząc prosto w oczy Dennisa. Ten spojrzał na nią z góry.
- Wiesz, teraz nie możesz mi nic zrobić, moi przyjaciele trzymają mocno ciebie i jego... Wszyscy profesorowie są w pokoju nauczycielskim, który jak sądzę, nie wiesz gdzie się znajduje. - chytry uśmieszek wdarł się na jego twarz. - Jest koniec lekcji, kolacja dopiero za godzinę, do tego czasu raczej nikt nie zechce wystawić nosa z biblioteki i pokoi wspólnych, zważając na ogólną atmosferę dnia.
Dzień faktycznie był szary... Wszystkim chciało się spać, a na lekcjach tylko niektórym udało się nie popadać w objęcia Morfeusza.
- A więc... Co zamierzasz mi zrobić tchórzu? - prychnęła Natalie. - Nie jesteś wystarczająco odważny i głupi by nam coś zrobić, za następny taki wybryk mogą was wywalić.
- Chyba, że się nie dowiedzą. - powiedział i zaczął bawić się swoją różdżką w dłoniach.
- Chyba nie mówisz, że zmodyfikujesz nam pamięć? - odpowiedziała trochę rozbawiona blondynka. - To zbyt zaawansowana magia!
- Nie, nie... nie muszę... - odpowiedział szybko Dennis. - Ale dopilnuję żebyście nikomu nie powiedzieli ani słowa.
- Niby jak? - zapytała odważnie Natie.
- A to już nie twoja sprawa... - rzekł Dennis. - Jimmy, wiesz co robić.
Chłopak trzymający blondynkę pociągnął ją ze sobą w głąb korytarza oddalając się od Dennisa, Leondre i tego innego chłopaka.
- Co... Puszczaj mnie! - Natalie zaczęła się szarpać, ale to nic nie zdziałało. Dopiero gdy wpadł z nią do jakiegoś pomieszczenia postanowił ją wypuścić z uścisku.
- Schowek na miotły? - spytała Natalie. - Poważnie?!
- Nie drzyj się tak. - warknął rudzielec.
- Nie będziesz mi mówić co mam robić! - odpowiedziała wojowniczo.
- Uwierz, że będę. - wyciągnął różdżkę.
Natalie nie podobała się ta sytuacja. Utknęła z jakimś piątoklasistą ze Slytherinu w schowku na miotły, a jej przyjacielowi groziło dwóch Ślizgonów.
- Czemu właściwie mnie tu zamknąłeś? - spytała blondynka już nieco spokojniej.
- Dennis mi kazał. Uważa, że ciebie nie należy krzywdzić. - odpowiedział również spokojnym tonem.
Blondynka prychnęła i szybko wytrąciła różdżkę z ręki Ślizgona gdy ten patrzył przez lekko otwarte drzwi czy ktoś nie idzie. Natalie wypchnęła go ze schowka z zamiarem ucieczki, ale Ślizgon szybko się nie poddał. Zmienił plan, teraz chciał ją zostawić zamkniętą w schowku na miotły. Zatrzasnął drzwi, Natalie pogrążona w ciemności i na dodatek bez różdżki, która wypadła jej podczas tej krótkiej walki, usiadła się na podłodze i westchnęła cicho. ,, Mam nadzieję, ze ktoś znajdzie Leondre zanim coś mu zrobią'' pomyślała Natalie. Blondynka dopiero teraz poczuła straszny głód i zmęczenie. Skoro i tak posiedzi sobie tutaj trochę czasu, to wykorzysta ten czas na drzemkę. Oparła się o ścianę, starając się ignorować popiskiwanie myszy. W końcu zasnęła.

*

Nie wiedziała kiedy ale obudziła się. Wszędzie było ciemno, a kark bolał ją strasznie od pozy w której spała. Westchnęła i usłyszała kroki, pierwszy raz miała straszną nadzieję, że to Filch. Ktoś otworzył drzwi schowka, Natalie gwałtownie wstała i wyszła rozglądając się kto ją uratował, co nie było łatwe, bo dookoła było strasznie ciemno. Zza drzwi wyskoczyła znana jej postać James'a Pottera. 
- Chcesz bym dostała zawału?! - powiedziała ostro ale szeptem. - A w ogóle skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Carol, Charlie i Lukas poprosili mnie o pomoc w szukaniu ciebie. Podobno nie wróciłaś na kolacje i nawet nie zjawiłaś się w Pokoju Wspólnym, a gdy zobaczyli, że nie ma cię w bibliotece bardzo się zdenerwowali. - dodał szeptem. 
- Aha... Ale...
- A co właściwie się stało? Chodź pod pelerynę, bo nas ktoś zobaczy. - rzekł przyciszonym głosem. 
Natalie wiedziała, że Potterowie od lat mają pelerynę niewidkę. Pomyślała, że Charlie, Carol i Lucas poprosili by James znalazł ją na Mapie Huncwotów, a potem poszedł po nią z peleryną. Nie pomyliła się, zauważyła, że ściska w ręce jakiś stary pergamin. W drodze do Pokoju Wspólnego Gryfonów nerwowo spoglądał na mapę patrząc czy ktoś ich nie śledzi, gdy ona opowiadała mu jak się znalazła w schowku na miotły. Po dojściu do portretu Grubej Damy, James wypowiedział hasło, a Natalie razem z nim szybko wbiegła do Pokoju Wspólnego. Jedynymi osobami w Pokoju Wspólnym byli Carol, Lucas, Charlie, Leondre i Shadow, którą chyba pani Pomfrey zdążyła wypuścić. 
- Gdzie ty byłaś?! - Leondre szepnął.
- Zamknęli mnie w schowku! A z tobą wszystko okej?
- Tak, a niby czemu ma być źle? - zapytał się Leondre tak jakby nic się nie stało.
- Ślizgoni na nas napadli! Nic ci nie zrobili? - zapytała.
- Nie! Wypuścili mnie od razu jak ciebie zamknęli w schowku. - powiedział i uśmiechnął się lekko.
- Byłeś u McGonagall? - zapytał tym razem Charlie.
- Nie. Przecież nic mi nie zrobili, nawet nie grozili. - odpowiedział, a Natalie nie wierzyła własnym uszom. 
- Dobra, Natie, chodź spać... - powiedziała ziewając Shadow.
Natalie poszła za Shadow, ale nadal wydawało się, że coś tu nie jest grane. 
- Dobranoc księżniczki. - zawołał za nimi Carol.
Gdy zniknęły za drzwiami swojej sypialni w której trójka dziewczyn już spała, od razu przebrały się w piżamy i weszły do łóżek. Natalie szczelnie zasunęła kotary swojego łóżka i wpatrując się w baldachim rozmyślała czy to co powiedział Leondre było prawdą, a może Dennis coś mu zrobił, tak, że nie mógł o tym nikomu powiedzieć. Dziewczyna zajęta rozmyślaniem nad tym wszystkim usnęła dopiero około trzeciej.
 
---
Tyle ode mnie.
Pozdrowienia,
xXNatalie

piątek, 5 sierpnia 2016

Rozdział 7.

*2 miesiące później*
Natalie, Shadow, Rose i Rebecca siedziały w pokoju wspólnym zawzięcie rozmawiając o tej niesamowitej szkole. Nagle portret odsunął się i pojawiła się Vanessa.
- A gdzie macie chłopaków? - spytała
- Powiedzieli, że idą do biblioteki po jakieś książki, czy coś. - powiedziała Shadow
- Jednak bardziej prawdopodobne jest, że łażą gdzieś po błoniach... - zamyśliła się Rebecca
- Lub też pakują się w jakieś kłopoty - dopowiedziała Rose - znacie przecież Carola.
Dziewczyny roześmiały się.
- Tak, to prawda. Kto, jak kto ale Carol to się pakuje w kłopoty jak zawodowiec. - stwierdziła Natalie
- A tak w ogóle to macie już ten referat na historię magii? - spytała Vanessa
- Tak - odpowiedziały chórem Natie, Rose i Rebecca
- A na kiedy to? - spytała Shadow
- Na pojutrze - usłyszała błyskawiczną odpowiedź od Vani
- Aha - rzuciła tylko Shadow znikając w dormitorium i biorąc z niego najpotrzebniejsze rzeczy, czyli: pióro, pergamin z początkiem pracy i pobiegła w stronę obrazu. - Idę do biblioteki.
I już jej nie było. Biegła jak najszybciej umiała. Nagle wpadła na coś, a właściwie kogoś. Byli to trzej ślizgoni, trzej najgorsi i najwredniejsi ślizgoni jakich kiedykolwiek spotkała.
- O, a kogo my tu mamy - powiedział jeden z nich głupio się podśmiechując
- To nasz szkolny dementor - powiedział drugi
- Biedni Thompsonowie, Lenehan i ta, no, jak jej tam... ooo tak Hill, że znają kogoś takiego jak ty, nic nie warta sieroto!!! - zaśmiał się trzeci
Shadow nie mogła tego słuchać. Łzy same cisnęły jej się do oczu, miała ochotę im przywalić. Ale co potem??? Nie poradziła by sobie z trzema dużo większymi i silniejszymi od siebie ślizgonami.
- A jak już skończymy z tobą to weźmiemy się za tego Devriesa, czy jak mu tam - powiedział jeden z nich popychając dziewczynę na ścianę.
Otoczyli ją, śmiali się z niej, popychali, wyzywali. Szli wprawdzie korytarzem jacyś krukoni, ale byli zbyt zajęci sobą, by pomóc jakiejś marnej gryfonce.
- Nikt cię nie kocha i nie potrzebuje, więc się z tym pogódź!!! - cała trójka zaczęła rechotać, a jeden z nich popchnął ją tak mocno, że uderzyła się w głowę i zemdlała.
Obudziła się dopiero w skrzydle szpitalnym. Przetarła oczy i zobaczyła nad sobą tłum. Wiedziała kto to. Były to osoby, które tu w Hogwarcie były jakby jej drugą rodziną. Które pomagały jej zawsze, gdy tego  potrzebowała. Tak to były osoby dla niej wyjątkowe. Gdy obraz przestał być zamazany dziewczyna rozpoznała Natie, Leo, Carola, Lucasa i Charliego. Oni patrzyli na nią czekając na jakiś znak pokazujący, że się obudziła (raczej pod kapturem peleryny nie było widać jej oczu). Dziewczyna podniosła prawą rękę do góry i pomachała do przyjaciół. Oni widząc ten gest ożywili się.
- Cooo, co się tak właściwie stało? - zapytała ochrypniętym głosem
- Ci ślizgoni popchnęli cię tak mocno, że upadłaś i zemdlałaś. Miałaś szczęście, że wracaliśmy tym korytarzem. Ja, Charlie i Lucas rozprawiliśmy się z nimi, a Leondre pobiegł po panią McGonagall. - opowiedział Carol
- I skończyło się na tym, że Slytherinowi odjęto po 10 punktów za każdego - powiedział Lucas
- Oraz każdy dostał po szlabanie. - dopowiedział Leo
- Dzięki, że jesteście. - powiedziała Shadow
Miłą atmosferę przerwała pani Pomfrey.
Niestety muszę was poprosić o wyjście, bo Shadow potrzebuje dużo odpoczynku. - powiedziała wypraszając każdego po kolei - a ty młoda damo lepiej się prześpij, to ci dobrze zrobi.
- Ale nic mi nie jest. - Shadow próbowała wstać, ale zakręciło jej się w głowie.
- Właśnie to po tobie widać. - powiedziała pielęgniarka
Chcąc, nie chcąc wróciła na łóżko szpitalne. Korzystając z okazji, że nikogo nie było w pomieszczeniu zdjęła kaptur z głowy. Odgarnęła swoje niebieskie włosy do tyłu i poczuła coś na czole. Dotknęła tego 'czegoś' - był to bandaż. Nagle usłyszała otwieranie drzwi i czyjeś kroki. Szybko narzuciła kaptur na głowę. Tajemniczymi gośćmi okazali się Carol i Lucas.
- Chłopie, jak nas przyłapią to będziemy mieć przerąbane. - powiedział Lucas do brata
- Ale tego nie zrobią. - zaśmiał się Carol
- Chłopcy, wiecie, że was słychać. - powiedziała Shadow
- Może wiemy, a może nie.... - odparł Carol
- A tak w ogóle, co wy tu robicie??? - spytała
- No tak jakby cię odwiedzamy. - powiedział Lucas
- A tak serio, to urywamy się z lekcji. - przerwał mu Carol
- A gdzie macie resztę??? - była ciekawa, co porabiają, że nie przyszli
- No to tak, Charlie stoi na czatach, żeby nas nie przyłapali. A Leo i Natie mają akurat lekcje latania na miotłach, więc ich nawet nie wtajemniczyliśmy. - wyjaśnił Carol
- Aha - spojrzała na braci - a wy postanowiliście zerwać się z lekcji tylko po to żeby tu przyjść i mnie wkurzać.
- No w sumie, masz racje - powiedział Carol - lepsze to niż historia magii.
********
To tyle ode mnie. Mam nadzieję, że się wam podoba. Zapraszam do komentowania.








czwartek, 4 sierpnia 2016

Rozdział 6.

Leo, Natalie i Shadow pomaszerowali razem z pierwszorocznymi za wielkim kolesiem z dużą brązową brodą, który kazał mówić na siebie Hagrid. Blondynka nie odzywała się do dziewczyny w kapturze od momentu gdy opowiedziała przez co przeszła. Sama dobrze wiedziała jak to jest być inną. Może jej włosy nie miały nietypowego koloru, może i jej rodzice nie zmarli ale potrafiła zrozumieć ją doskonale. Sama nigdy nie miała przyjaciół, nie dlatego, że była inna jak Shadow, tylko dlatego, że rodzice nie pozwalali się jej bawić ze szlamami i zdrajcami krwi. Nie ufali jej. Za to jej siostra zdążyła być wprowadzona w jak najlepsze towarzystwo arystokratów. Natalie nie wiedziała co to przyjaźń. W wielu książkach przyjaciele porównywani są do aniołów, którzy podnoszą nas gdy nasze skrzydła zapomną jak latać. Brzmi pięknie, ale ile w tym prawdy? Blondynka wiedziała, że w przyjaźni liczy się zaufanie, że przyjaciół traktuje się jak rodzinę... Ale... No właśnie, jak ma traktować przyjaciół? Jak rodzinę? Rodzinę, która traktuje ją jak śmiecia ze wzajemnością? Natalie prychnęła pod nosem i razem z Shadow i Leondre usiadła się w jednej z łodzi. Nagle usłyszeli grzmot a na niebie pojawiła się jasna błyskawica, zaczęła się ulewa. Zielonooka uwielbiała deszcz, sama nie wiedziała dlaczego. Czasem pomagał jej oczyścić się z wszystkich emocji niczym prysznic pod koniec dnia, kiedy indziej pomagał jej w myśleniu, a czasem tak po prostu ukrywał jej najgorsze emocje, które maskowała przed innymi. Shadow, Natalie i Leondre siedzieli cicho w łodzi, która sama płynęła przez jezioro, każdy z nich patrzył na krople deszczu wpadające do jeziora i wyładowania elektryczne na niebie. Zamek który ujrzeli był nie do opisania, wyglądał jednocześnie przerażająco i magicznie. Gdy wreszcie łódka uderzyła o brzeg, trójka nowo poznanych uczniów szybko ruszyła w stronę zamku. Byli cali przemoczeni i zmęczeni. Hagrid zaprowadził ich do jakiejś kobiety o poważnym i surowym wyrazie twarzy. Ubrana była na czarno a na głowie miała równie czarną tiarę.
- No to tu zostawię pani profesor pirszorocznych. - odpowiedział Hagrid. - Ja idę na Wielką Salę.
- Dziękuję Hagridzie. - odpowiedziała kobieta gdy Hagrid poszedł w kierunku drzwi a po chwili zniknął za nimi. - Jestem profesor Minerva McGonagall, nauczycielka transmutacji, opiekunka domu Godryka Gryffindora i wicedyrektorka. Mam zaszczyt powitać was w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Za chwilę zostaniecie przydzieleni do swoich domów, które nazywają się Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin. Za dobre wyniki w nauce zostaniecie nagradzani, a za złe karani. A teraz proszę za mną!
McGonagall otworzyła drzwi prowadzące do Wielkiej Sali. Uczniowie ruszyli za nią. Gdy tylko weszli, to co zobaczyli było niezwykłe. Wielka Sala z zaczarowanym sklepieniem ukazującym aktualną pogodę, świece wiszące w powietrzu nad pięcioma długimi stołami i tłumy uczniów z różnych domów.
- Gdy wyczytam wasze nazwisko i imię podejdźcie. - rzekła Minerva McGonagall po czym poprosiła o ustawienie się w rządku. Pani profesor podniosła starą tiarę z niskiego stołka i rozwinęła kawałek pergaminu po czym zaczęła czytać.
-  Black, Shadow!
Natalie spojrzała na dziewczynę, która podeszła do stołka i usiadła na nim.
***u Shadow***
Denerwowała się? To mało powiedziane. Myślała, że nogi odmówią jej posłuszeństwa oraz nie podejdzie do stołka a potem siłą będą musieli ją tam wciągać. Jednak gdy już usiadła a Tiara dotknęła jej głowy, rozluźniła się trochę.
- Oh, tak, tak... - dziewczyna usłyszała głosik w swojej głowie. - Tajemnicza, chytra, nie ufna... Wrażliwa na opinię innych, na ten cały podły świat... Niczym Ślizgon. Lojalna przede wszystkim dla przyjaciół, gotowa poświęcić za nich swoje własne życie... Piękna cecha Puchonów. Mądra, o tak, tak... Ale najbardziej liczy się dla niej odwaga, chęć sprawiedliwości na tym świecie. Gryffindor to coś dla ciebie..
Shadow uśmiechnęła się lekko po usłyszeniu ostatniego zdania, dokładnie tu chciała trafić...
- GRYFFINDOR! - krzyknęła Tiara, a Shadow zeszła ze stołka i poszła w stronę stołu wiwatujących Gyfonów, gdzie czekali na nią Lucas, Carol i Charlie.
- No ładnie, ładnie. - odezwał się Carol. - Pewnie poprosiłaś Tiarę o to by cię przydzieliła do tego samego domu co ja.
- Chyba śnisz. - Shadow była strasznie ucieszona przydzieleniem jej do Gryffindoru, wiedziała, że rodzice byliby z niej dumni. Ona wie, że teraz są przy niej, mimo, że ich nie widać i cieszą się razem z nią. Usiadła się między Charliem i Lucasem.
Przez ten czas zdążyli przydzielić kilka osób. Dopiero po chwili Shadow usłyszała znajome jej imię i nazwisko.
- Devries, Leondre!
***u Leondre***
Chłopak nigdy wcześniej nie bał się tak jak w tej chwili, w chwili w której o wszystkim zadecyduje jakaś stara czapka. Po usłyszeniu, że Shadow dostała się do Gryffindoru, Leondre cieszył się razem z nią, ale teraz już wszystkie uczucia go opuściły. Teraz gdy McGonagall wyczytała jego imię i nazwisko. Podszedł na trzęsących się nogach do stołka i usiadł się na nim. Tiara dotknęła jego głowy, a on wstrzymał oddech jakby to miało jakoś pomóc.
- Wesoły i lojalny niczym typowy Puchon... Bez problemu mogłabym cię tu przydzielić gdybyś nie miał w sobie tyle odwagi, sprawiedliwości, wiary i zdolności do poświęceń. To mnie zmusza by powiedzieć...
Leondre czekał i czekał jak na jakiś straszny wyrok.
- GRYFFINDOR! - wrzasnęła Tiara, a jej głos poniósł się echem po Wielkiej Sali. Leondre nie mógł uwierzyć i zaraz po tym jak McGonagall zdjęła mu Tiarę z głowy szybko podbiegł do stołu Gryfonów wiwatujących na jego cześć. Usiadł obok Carola.
- No to gratulacje kolego. - powiedział Charlie i uśmiechnął się.
- Teraz została panna Hill. - dodał Carol. - Możecie tylko się modlić i błagać Merlina by trafiła do Gryffindoru.
- Czemu? - zapytała Shadow.
- Jej rodzina to odwieczni Ślizgoni, po drodze ewentualnie paru Krukonów, ale nic poza tym. - odpowiedział Lucas.
- Jeśli trafi do Slytherinu... - powiedział Leondre. - to...
- To możemy się z nią pożegnać. - dokończył Charlie. - Jej siostra jest w Slytherinie, doskonale się uczy i jest w tej samej klasie co my, ale widać, że inni Ślizgoni powoli ją zmieniają.
- Miejmy nadzieję, że trafi do nas. - powiedziała Shadow, która zdążyła polubić blondynkę.
- Hill, Natalie! - krzyknęła McGonagall.
***u Natalie***
Dziewczyna przełknęła głośno ślinę, wszyscy jej przyjaciele są w Gryffindorze. A ona nie ma bladego pojęcia gdzie trafi, w innych domach nikogo nie zna... Po usłyszeniu swojego nazwiska brzuch zaczął skręcać się jej we wszystkie strony. Na nogach jak z galarety podeszła do stołka, a McGonagall położyła Tiarę na głowie Natalie.
- Ha! Kolejna z rodziny państwa Hill. Od razu widziałam na pierwszy rzut oka, że chcesz być kimś wielkim, kimś znanym! Mądra, inteligentna, rozważna... Lojalna! A to coś nowego... Zdeterminowana, podąża za swoimi ambicjami, sprytna i chytra! Twój charakter aż błaga o przydzielenie cię do Slytherinu! Czujna, tajemnicza i uparta jak ojciec... potrafi walczyć o to co słuszne, a raczej to co uważa za słuszne! Jednakże... Muszę ci to przyznać, że odwaga, chęć sprawiedliwości, gotowość do poświęcenia się dla przyjaciół są cechami Gryfona... Gdzie by cię tu przydzielić... Slytherin wydaje się najodpowiedniejszy...
- Nie... - szepnęła blondynka. Natalie spojrzała na stół Gryfonów, a potem na stół Ślizgonów. Siostra trzymała za nią kciuki by trafiła do domu Węża, to samo robili jej przyjaciele tyle, że po to by trafiła do domu Lwa. Zadecydowała szybko - Chcę do Gryffindoru... Nie chcę być taka jak moja rodzina...
- Gryffindor? No cóż, przyznać ci mogę, że rodziny za ciekawej nie masz... Jeszcze wiele bólu przed tobą zanim zdasz sobie sprawę z pewnych rzeczy... Ale niech ci będzie... GRYFFINDOR!
Natalie podeszła powolnym krokiem do stołu Gryfonów.
- Zaklepałem ci miejsce księżniczko... - powiedział Carol i zrobił miejsce między nim a Leondre.
- Doprawdy dziękuję. - powiedziała ironicznie i usiadła się.
- Siedziałaś tam chyba z pięć minut jak nie więcej. - powiedziała Shadow.
- Tiara musiała przeanalizować parę rzeczy. - odpowiedziała blondynka.
- Jestem strasznie głodny! Kiedy zacznie się uczta? - jęknął Carol.
- Po ceremonii przydziału... A poza tym ty wiecznie jesteś głodny! - dodał Charlie.
Po ceremonii na wszystkich stołach pojawił się ogrom jedzenia. Gdy wszyscy się najedli Harry Potter, dyrektor Hogwartu rozkazał prefektom zaprowadzenie pierwszorocznych do swoich dormitorii. Gdy Shadow i Natalie już dotarły do swojego dormitorium poznały kilka nowych dziewczyn. A mianowicie Rebecce Smith dziewczynę o czarnych, kręconych włosach i szarych oczach noszącą okulary, Rose Weasley rudowłosą dziewczynę o niebieskich oczach i Vanessę Jefferson dziewczynę o brązowych, prostych włosach i piwnych oczach. Wszystkie były tak zmęczone, że położyły się od razu, nie zwracając uwagi na to, że nie zdążyły się nawet przebrać.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Rozdział 5.

Shadow weszła do przedziału jako pierwsza i usiadła przy oknie, zaraz za nią weszła Natalie, która zajęła miejsce obok niej. Następnie wszedł Charlie, siadając na przeciw Shadow, przy oknie i Leondre zajmujący miejsce obok niego. Pozostało tylko czekać na bliźniaków. Nagle zza drzwi wyłonił się Lucas zajmując miejsce obok Leo. Chwilę po nim przyszedł Carol.
- Widzę księżniczko, że zajęłaś mi miejsce... - uśmiechnął się szelmowsko siadając obok Natalie
- Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego, mój drogi... - odgryzła się Natie - ja i ty to nie ten sam poziom...
- Racja, ja jestem ten mądrzejszy - puścił do niej oczko
- Pffff... - prychnęła dziewczyna dając mu z łokcia w brzuch
- Auć! - jęknął Carol - Od kiedy jesteś taka agresywna?
- Od kiedy cię poznałam idioto... - powiedziała
Kiedy ta dwójka się kłóciła Shadow patrzyła smutno przez okno, była jakby nieobecna. Na peronie stało pełno rodziców dumnych z tego, że ich dzieci jadą do Hogwartu. No właśnie rodziców, Shadow nigdy nie doświadczy tego, bo jej rodziców już nie ma. Z głębokich przemyśleń wyrwał ją dźwięk gwizdka obwieszczający odjazd. Pociąg już ruszał. Shadow jeszcze raz spojrzała na tłum dorosłych stojących na peronie, dostrzegła wśród nich swoją ciocię. Pomachała jej ręką na pożegnanie, jedna samotna łza popłynęła po jej  policzku. Na szczęście nikt tego nie mógł zauważyć pod kapturem. Odwróciła się z powrotem do przyjaciół. Wszyscy milczeli jakby nieobecni. Ciszę przerwał Leo.
- Do jakiego domu chciałybyście trafić? - spytał
- Gryffindor, jeśli będę pasować... - powiedziała obojętnie Shadow
- Ja dokładnie nie wiem. Na pewno nie Hyfflepuff i Slytherin... - odparła Natie - A ty Leo?
- Jeszcze się pytasz, jasne że Gryffindor!!! - prawie to wykrzyczał
- Carol, Lucas, Charlie, a wy w jakich jesteście domach? - to było pytanie od Shadow
- Wszyscy jesteśmy z Gryffindoru. - odpowiedział Lucas - Chociaż ja osobiście wolę Ravenclaw.
- Aha - odpowiedziała krótko Shadow.
Następnie padło pytanie, którego dziewczyna najbardziej się obawiała.
- Dlaczego właściwie nosisz kaptur??? - a osobą, która je zadała był nie kto inny, tylko Carol.
- Hmm... Od czego by tu zacząć? - zamyśliła się - Moje dzieciństwo nie było zbyt przyjemne. Wychowuje mnie ciotka, bo moi rodzice nie żyją. Kiedy byłam mała jeszcze jej nie nosiłam. Zaczęło się to, gdy miałam 7 lat. Byłam po prostu inna. Moje włosy mają nietypowy kolor. Inni się ze mnie wyśmiewali i wytykali palcami. Wtedy dostałam od ciotki tę pelerynę, która miała mnie uchronić mnie przed dalszymi nieprzyjemnościami ze strony społeczeństwa. I tak kiedy wesołe dzieci biegały po dworze wystawiając twarze ku słońcu, ja siedziałam samotnie w cieniu z peleryną szczelnie zakrywającą twarz. Nie miałam przyjaciół, nikt mnie nie rozumiał. Jedyną osobą, która pomogła mi przetrwać ten czas była moja ciocia. Ona rozumiała wszystko bez słów, zawsze potrafiła mnie pocieszyć.
Kiedy Shadow skończyła swoją opowieść wszystkich zamurowało. Nastała krępująca cisza, którą przerwał Charlie.
- Shadow, nam możesz zaufać, po to tu jesteśmy. Ja, Carol, Lucas, Leo i myślę, że Natalie też, wszyscy będziemy cię wspierać. - powiedział
- I gdyby ktoś ci znowu dokuczał wiesz gdzie nas znaleźć. - wtrącił Carol
- Jej, ja nie wiem co powiedzieć. - uśmiechnęła się, choć i tak nikt tego nie zobaczył - jestem wam naprawdę wdzięczna.
- Dobra idziemy się przebrać w szaty. Niedługo dojedziemy. - powiedział Lucas
Wszyscy się z nim zgodzili. Po chwili siedzieli z powrotem na swoich miejscach, już przebrani. Nagle pociąg zwolnił, a następnie całkiem się zatrzymał.
- No, już jesteśmy - powiedział Lucas - wysiadamy
- Panie przodem - Carol jak zwykle musiał wtrącić swoje trzy knuty
- Dziękujemy, jakiś ty uprzejmy - powiedziała Natie z przekąsem
- O dziękuje panno Hill - odpowiedział ze swoim charakterystycznym uśmieszkiem
- Lepiej uważaj na siebie Thompson - powiedziała wychodząc
Lucas, Charlie i Carol skierowali się w stronę powozów, a Natalie wraz z Leo i Shadow dołączyli do grupki pierwszoroczniaków. Shadow starała się nie odstawać od reszty, ale sam fakt, że miała na sobie pelerynę czynił ją inną.
 ****************
Mam nadzieję, że się podoba. Dobranoc. xD Kto nie śpi komentuje.